Okładka artykułu Anny Jarockiej o kampanii Mamdaniego z perspektywy brandingu i agile

„The name is M-A-M-D-A-N-I.”

Trafiłam na ten viralowy filmik, na którym przyszły burmistrz Nowego Jorku z pełną stanowczością literuje swoje nazwisko. Potem w okamgnieniu ikoniczny tekst został przerobiony na chwytliwą piosenkę, którą żyła duża część zagranicznych social mediów.

Po krótkim researchu odkryłam profil Zohrana Mamdaniego i szybko przekonałam się, że za chwytliwym refrenem stoi coś więcej. Kampania, która wygląda jak projekt z dużym budżetem… mimo że finansowo wcale duża nie była.

I tu właśnie robi się ciekawie. Bo mówimy o polityku bez partyjnego wsparcia, a jednocześnie z brandingiem, którego nie powstydziłaby się topowa marka lifestyle’owa. O kampanii, która rosła organicznie, napędzana TikTokiem, Instagramem i energią społeczności — nie billboardami i telewizyjnymi spotami.

Dlatego postanowiłam rozłożyć ten case na czynniki pierwsze. Bo jako projekt ta kampania świetnie pokazuje, że ludzka, zwinna komunikacja potrafi wygrać z każdym, nawet ogromnym budżetem.

Kampania, która kazała mi zresetować to, co wiem o marketingu politycznym

Są takie momenty, kiedy natrafiasz na kampanię polityczną i zamiast kolejny raz przewrócić oczami… zatrzymujesz się. Scrollujesz jeszcze trochę. A potem trochę więcej. I nagle okazuje się, że oglądasz wszystkie filmiki, jakie dany kandydat wrzucił w ostatnich tygodniach. Tak było u mnie z kampanią Zohrana Mamdaniego.

Po ikonicznym „The name is M-A-M-D-A-N-I” rzucił mi się w oczy też inny, krótki filmik na Instagramie — nagrany bez wielkiego planu, bez gigantycznego sztabu w tle, bez tej charakterystycznej „politycznej poprawności”. Mamdani mówił wprost, normalnie, jakby opowiadał przyjacielowi przez telefon, dlaczego chce zamrozić czynsze. I w tym wszystkim miałam poczucie, że nie próbuje mnie „przekonać”. On po prostu tłumaczy, co zamierza zrobić. Zero pośredników, zero tłumaczenia z „politycznego” na ludzkie. 

Nic dziwnego, że ludzie na TikToku zaczęli wstawiać filmiki z silnym FOMO, że nie mieszkają w Nowym Jorku i nie mogą doświadczać wszystkich elementów kampanii w pełni.

To jego podejście — taka komunikacja bez zbędnego nadęcia ani sztucznych barier — od razu zrobiło na mnie wrażenie.

A potem okazało się, że to wszystko nie jest przypadkowe. Mamdani publikował materiały, które były jednocześnie zabawne, odważne, autoironiczne i po ludzku szczere. I wszystkie układały się w spójną, wyrazistą narrację. Żadnego pustego patosu, żadnych nic nieznaczących frazesów.

No i ta identyfikacja wizualna. Jeśli polskie kampanie wyborcze zwykle przypominają archiwalne foldery z pakietów biurowych, to Mamdani zaskoczył wszystkich czymś, co było świeże, energetyczne i różnorodne jak samo miasto, które chciał reprezentować. Odważna paleta kolorów, wpływy kultury arabskiej, elementy nowojorskiej estetyki, współpraca z artystami, którzy wnieśli do projektu swoje historie i swoje patrzenie na miasto.

Przykładowe elementy identyfikacji wizualnej kampanii Zohrana Mamdaniego – plakaty, logotypy, buttony i hasła wyborcze

Przykładowe elementy identyfikacji wizualnej kampanii Zohrana Mamdaniego – plakaty, logotypy, buttony i hasła wyborcze

I wtedy zaczęłam to widzieć tak, jak widzi to projektant. Ta kampania działała, bo została zaprojektowana pod doświadczenia użytkownika. Była testowana, iterowana, stale dopasowywana do tego, co naprawdę „rezonuje”. Blisko ludzi. Blisko realnych problemów. I absolutnie bez kompleksów, czy ograniczeń, że czegoś nie wypada.

Dlatego właśnie w mojej głowie pojawiła się myśl: może marketing polityczny wcale nie musi być taki, jaki znamy. Może, jeśli potraktujemy wyborcę jak użytkownika, a kampanię jak produkt — to zaczyna mieć sens.

Jak wygląda to zazwyczaj? Czyli polityczny marketing w swojej „klasycznej” formie

Warto na sekundę zatrzymać się przy tym, czym przez lata była kampania wyborcza w podręcznikowym, politologicznym ujęciu. Najczęściej wyglądała jak plan mediowy rozpisany od A do Z: najpierw sztab ustala narrację, potem dzieli budżet, następnie kupuje media — i wtedy startujemy z kampanią. Telewizja, billboardy, wywiady w gazetach. Komunikacja płynie z góry na dół, a wyborca ma ją po prostu otrzymać, przetworzyć i ewentualnie wynagrodzić oddanym głosem.

Badania politologiczne dobrze opisują tę logikę:

  • kampania jest zaprojektowana wcześniej i realizowana liniowo,
  • baza komunikacji to media masowe, a nie dialog,
  • zmiany w trakcie to raczej wyjątek, nie norma.

Krótko mówiąc — klasyczna kampania to struktura sztywna, ciężka, przewidywalna.

Na tym tle kontrast z Mamdanim staje się bardzo wyraźny. Zamiast opierać kampanię na jednym haśle i kupionych zasięgach — zbudował ją na interakcji. Zamiast trzymać się planu „od stycznia do listopada” — miał proces, który żył i reagował. Zamiast nadawać sztywne komunikaty — słuchał, dopasowywał się i oddawał głos społeczności.

Co właściwie zrobili Mamdani i jego zespół — i skąd wziął się ten cały szum o kampanii nowego burmistrza Nowego Jorku?

Żeby dobrze zrozumieć, dlaczego o kampanii Mamdaniego mówił cały marketingowy świat, trzeba zacząć od krótkiego wprowadzenia. Nowy Jork wchodził w te wybory z poczuciem zmęczenia — rosnące czynsze, szeroka frustracja mieszkańców i przekonanie, że polityka znów toczy się gdzieś obok nich, a nie dla nich. W tym momencie pojawił się Mamdani, który zamiast klasycznej narracji kampanijnej postawił na… zupełnie inną grę.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

Tutaj zaczyna się najciekawsza część — taka, która nas jako marketerów interesuje dużo bardziej niż tradycyjne „obietnice wyborcze”.

Bo ta kampania była procesem. Nie zamkniętą strategią, tylko organizmem, który uczył się, adaptował i rozwijał razem z ludźmi, którzy w nim uczestniczyli.

Zespół Mamdaniego nie budował kampanii „pod wyborców”. Oni ją budowali razem z nimi — iterując, testując i dostosowując komunikację praktycznie w czasie rzeczywistym. W mediach społecznościowych Mamdani mówił do ludzi bezpośrednio, swoim tempem i swoim językiem. To była komunikacja, której nie trzeba było „tłumaczyć” znajomym. Wystarczyło wysłać komuś film z podpisem: „patrz, to ma sens”.

Media zaczęły zwracać uwagę, że ta kampania wygląda inaczej — bardziej świeżo, bardziej dynamicznie, bardziej… współcześnie. Ale największy szum zrobiła warstwa wizualna i kreatywna. Zamiast bezpiecznych politycznych szablonów, zespół Mamdaniego postawił na odważną identyfikację, tworzoną z udziałem niezależnych artystów reprezentujących różne kultury Nowego Jorku. Efekt był taki, że ta komunikacja nie tylko wyglądała jak Nowy Jork — ona nim była: różnorodna, energetyczna i organicznie osadzona w społecznościach, do których mówiła.

Dla nas, ludzi od marketingu, nie jest to tylko ciekawostka. To jest case study.

Wyborca jak użytkownik. I nagle polityka zaczyna mieć sens

To, co najbardziej uderzyło mnie w tej kampanii, to fakt, że zespół Mamdaniego naprawdę potraktował wyborcę jak… użytkownika. Nie w sensie „targetu” z Excela, tylko osoby, która ma konkretne potrzeby, ograniczenia, emocje i punkty frustracji. Dokładnie tak, jak projektuje się produkt albo usługę.

W całej komunikacji czuć było empatię — nie tę deklarowaną na konferencjach, tylko realną, wynikającą z obserwacji i rozmów. Kampania nie mówiła: „musisz zrozumieć nasz plan”. Ona zaczynała od tego, co wyborca próbuje zrozumieć i co go właśnie boli. Stąd proste wyjaśnienia, krótkie wideo, szybkie formaty.

To była komunikacja, w której na pierwszym miejscu postawiono pytanie:

„Czy to jest dla ludzi zrozumiałe i przydatne?”

Widać to nawet w materiałach wizualnych. Zamiast projektów, które wyglądają, jakby miały zdobywać nagrody na konferencjach brandingowych, powstawały grafiki, z których chcesz skorzystać. Jasne CTA. Konsekwentne kolory. Layouty, które da się odczytać w trzy sekundy, a nie w trzy minuty. Projektowanie nie pod ego twórcy — tylko pod kontekst użytkownika i to, gdzie je zobaczy: na ulicy, w metrze, w telefonie, w biegu.

elementy systemu identyfikacji kampanii Mamdaniego – plakat, warianty logotypu oraz grafiki tematyczne wspierające główne postulaty

Kolejne elementy systemu identyfikacji kampanii Mamdaniego – plakat, warianty logotypu oraz grafiki tematyczne wspierające główne postulaty

To, co najbardziej przypominało mi myślenie projektowe, to sposób, w jaki kampania testowała swoje pomysły. Pojawiały się nowe formaty — jeśli działały, szły dalej. Jeśli nie, zmieniały się natychmiast. Nic nie było „wyryte w kamieniu”, nic nie było zamrożone na etapie prezentacji strategii.

I właśnie dlatego to działało.

Bo gdy patrzysz na wyborcę jak na użytkownika, zaczynasz projektować kampanię nie wokół kandydata, tylko wokół problemu, który chcesz rozwiązać. A wtedy komunikacja nabiera sensu i zaczyna być w pełni zrozumiała dla użytkownika końcowego, czyli wyborcy.

To był pierwszy raz od dawna, gdy patrząc na kampanię polityczną, pomyślałam: „Dokładnie tak zachowuje się marka, która naprawdę zna swoich odbiorców”.

To nie był tylko branding. To było projektowanie doświadczenia

W większości kampanii politycznych „branding” oznacza mniej więcej tyle: wybrać dwa kolory, dorzucić flagę, ustawić kandydata na tle panoramy miasta i uznać sprawę za zamkniętą. 

W przypadku Mamdaniego podejście do tego tematu było zupełnie inne. Tu nie chodziło o logo czy zestaw grafik do druku. Tu zbudowano język doświadczenia — coś, co przenikało każdy element kampanii: od postów, przez ulotki, po relacje wolontariuszy.

Cała identyfikacja żyła. Nie była „od linijki”, tylko organiczna, zmieniająca się, improwizowana — ale w ramach bardzo świadomie ustawionych ram. Spójność tak silna, że można było rozpoznać kampanię po jednym zerknięciu na ekran. A jednocześnie elastyczność, która pozwalała reagować na to, co dzieje się tu i teraz.

Za odważną paletą kolorów, nieszablonową typografią i storytellingiem, który naprawdę coś czuł, stali młodzi artyści i projektanci — ludzie zanurzeni w nowojorskiej kulturze, różnorodności i lokalnych historiach.

Ale w żadnym wypadku nie była to artystyczna fanaberia. To był w pełni funkcjonalny system.

Każdy element miał ułatwiać wejście w świat kampanii. Informacje miały być czytelne, CTA zrozumiałe, emocje prawdziwe. Wszystko osadzone w realnym kontekście: czy ktoś zobaczy to na telefonie, na ulicy, w biegu, w przewijanym co sekundę feedzie?

I chociaż całość wyglądała „jak za miliony”, największą siłą tej identyfikacji było to, że powstawała… po ludzku. Bez gwarantowanego budżetu od Partii Demokratycznej, bez sztabu kreatywnego na kilkanaście osób, bez skomplikowanego procesu akceptacji. Była stale poprawiana, modyfikowana i testowana na bieżąco.

Dlatego z pełnym przekonaniem uważam, że to nie był „branding” w klasycznym rozumieniu. To było projektowanie doświadczenia wyborcy — takiego, które nie tylko informuje, ale też prowadzi, angażuje i wzmacnia poczucie, że „ta kampania jest też moja”.

Agile w praktyce, czyli kampania, która żyła razem z miastem

Agile nie jest pierwszym słowem, które przychodzi do głowy, gdy myślimy o kampaniach politycznych, ale właśnie tak działała kampania Mamdaniego. Zamiast trzymać się jednego, sztywnego planu, zespół na bieżąco obserwował, co rezonuje, co się sprawdza, a co trzeba poprawić.

Rytm: obserwują → testują → zmieniają → komunikują → powtarzają — był tu czymś zupełnie naturalnym.

Kampania zanurzona w kulturze miasta

Zamiast szukać pomysłów w salach konferencyjnych, zespół Mamdaniego szukał ich… w mieście. Dosłownie. Pojawiali się na wydarzeniach lokalnych, mieszali się z tłumem, byli tam, gdzie ludzie faktycznie żyją — w parkach, na skrzyżowaniach, w małych społecznościach, które zwykle nie pojawiają się na mapie „idealnego wyborcy”.

 

I to właśnie te momenty — spontaniczne tańce w Bronksie, rozmowy z taksówkarzami przy jedzeniu czy ćwiczenia Tai Chi w Queens — stawały się materiałem, który natychmiast trafiał do internetu. Tak właśnie działa agile: bierzesz coś, co zadziałało tu i teraz, i od razu zmieniasz to w komunikat. Bez czekania na zgodę pięciu działów.

Współprace powstające… w DM-ach

Zamiast stawiać wszystko na drogie kampanie reklamowe, Mamdani postawił na partnerstwa z twórcami, którzy faktycznie mają wpływ na ludzi. Nie celebryci z telewizji, tylko:

  • twórcy z TikToka,
  • lokalne podcasty,
  • mini-seriale tworzone przez społeczności,
  • osoby, które nagrywają krótkie formaty na telefonie.

To były kolaboracje, które bardziej przypominały spontaniczne pomysły z grupowego czatu niż wielkie umowy z działu PR. I dlatego były świeże, szybkie i autentyczne.

Sieć wolontariuszy jak żywy organizm

Najbardziej imponujące było jednak to, jak kampania wykorzystywała feedback. Setki wolontariuszy działały w zdecentralizowanych grupach na WhatsAppie — zgłaszały pomysły, wysyłały relacje, nagrywały rozmowy z mieszkańcami, wskazywały problemy i historie, które warto byłoby nagłośnić.

Kampania nie tylko „używała” wolontariuszy. Kampania słuchała wolontariuszy. I zmieniała się dzięki nim.

 

@zohran_k_mamdaniIt’s the final push. Let’s leave it all on the doors. Sign up for a shift right now.♬ original sound – Zohran Mamdani

Prototypowanie w rzeczywistym czasie trwania kampanii

Wszystko tu działało jak prototyp — szybki, testowy, czasem niedoskonały, ale zawsze przemyślany. Od walentynkowych skeczy, po kartoniki z CTA schowane w pudełku czekoladek. Od grafik inspirowanych kulturą arabską, po projekty młodych nowojorskich artystów.

Ta różnorodność nie była efektem chaosu. Była efektem mądrej elastyczności.

Dlaczego to działało lepiej niż gigantyczne budżety?

Bo w polityce — tak jak w marketingu — przewagę mają dziś nie ci, którzy krzyczą najgłośniej, tylko ci, którzy reagują najszybciej i słuchają najuważniej.

Kampania Mamdaniego pokazała, że zwinny, mały zespół, który ma odwagę testować i zmieniać kierunek, jest w stanie wygrać z największymi budżetami. Ludzie nie potrzebują idealnych spotów. Potrzebują komunikacji, która żyje razem z nimi.

I to jest lekcja, którą zdecydowanie warto zapamiętać.

Co ja z tego case’a biorę dla siebie?

Po prześledzeniu całej kampanii Mamdaniego zostało mi w głowie kilka przemyśleń, które — mimo że wywodzą się z polityki — bardzo łatwo mogę przenieść do codziennej pracy w marketingu. Nic wielkiego, nie uważam, że są to groundbreaking kwestie, raczej odświeżenie zasad, o których łatwo zapomnieć, gdy pracuje się w tym zawodzie od lat.

Szczególnie mocno wybrzmiało dla mnie to:

  • że dobra komunikacja zaczyna się od człowieka, nie od strategii — i kiedy naprawdę słuchasz odbiorców, wszystko robi się prostsze,
  • że identyfikacja wizualna może żyć razem z marką, zamiast być zamknięta w sztywnej księdze znaku,
  • że zwinność to nie moda, tylko realna przewaga konkurencyjna, jeśli pozwolisz sobie reagować szybko i bez dokładania do tego własnego ego,
  • że autentyczność nie jest „miłym dodatkiem”, tylko paliwem całej komunikacji,
  • że marka osobista może być projektowana tak samo świadomie jak produkt, z testami, iteracjami i przestrzenią na błędy.

Dlatego ta kampania zostanie ze mną na dłużej. Nie jako „polityczny case”, tylko jako przykład, że gdy komunikacja jest prawdziwa, odważna i bliska ludziom — to po prostu działa.

Chcesz tworzyć komunikację, która nie tylko wygląda dobrze, ale naprawdę działa?

Jeśli szukasz partnera do marketingu, brandingu lub strategii, który pracuje zwinnie, słucha ludzi i nie boi się łamać schematów, sprawdźmy, co możemy zbudować wspólnie.

Porozmawiajmy!

Anna Jarocka

Content Marketing Specialist/Project Manager

Swoją karierę w Strategiczni.pl zaczynała jako copywriterka, a obecnie zajmuje stanowisko Project Manager w dziale Contentu. Bierze aktywny udział w rozwoju firmy m.in. dzięki takim projektom jak Employer Branding. Najwięcej radości dają jej zadania, w których może wykazać się swoją kreatywnością. Prywatnie ogromna fanka filmów Wesa Andersona, książek Stephena Kinga i indyjskiej kuchni.

Autor

Napisz do nas

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Wypełnij to pole

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych.


Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji handlowych.

Uzupełnij wszystkie wymagane pola.

Masz pytania?
Skontaktuj się z nami!